Po(ś)lubić miejsce zamieszkania

Gdy niespełna dwa lata temu powstanie tego bloga zbiegło się z moją przeprowadzką, pomysł na pierwszy wpis narzucał się sam. Miałam wtedy różne dylematy, o których możecie poczytać tutaj. Historia zatacza krąg i dziś znowu cały mój dobytek przenoszę w nowe „miejsce pobytu”, które w dzisiejszych czasach chyba już tylko z przyzwyczajenia nazywa się stałym.

Nie przestaję podziwiać ludzi żyjących na walizkach albo tych, którzy „przeprowadzają” wszystkie swoje rzeczy na tyle często, że nie robi to już na nich większego wrażenia. Ot, pakują się, jak przed wyjazdem na wakacje i rozpakowują, jak po powrocie. A ja po raz kolejny uznaję przeprowadzkę za wydarzenie, któremu nie tylko trzeba, ale i warto poświęcić parę chwil. Tym razem dostrzegam już zupełnie inne aspekty.

Nie liczy się (samo) wnętrze

Podobnie jak „jesteśmy tym, co jemy” albo „jesteśmy tacy, jak o sobie myślimy”, tak samo miejsce zamieszkania w pewien sposób dookreśla naszą tożsamość. Dom to nie tylko wnętrze. To też  wszystko wokół niego: okolica, sąsiedztwo, zwyczaje. Czy tego chcemy, czy nie, miejsce zamieszkania mówi coś o nas innym ludziom, jeszcze zanim sami im o sobie opowiemy. Inaczej postrzegani są ludzie pochodzący z Warszawy, a inaczej z miejscowości, o której nikt poza jej mieszkańcami nie słyszał. Pamiętam, jak dziwiło mnie, gdy podczas spotkań z dalszą rodziną w moim kierunku padało zawsze to samo pytanie na dzień dobry: „co tam słychać w wielkim mieście?”. Zaczynałam wtedy rozumieć, że pochodzenie z mniejszej lub większej miejscowości ma znaczenie. Dzięki obiegowym opiniom i stereotypom na temat wielu regionów kraju mamy wyrobione zdanie, nawet jeśli nikogo nie znamy z tamtych okolic. No bo przecież jak Poznaniak to na pewno skąpy, a Ślązak gościnny.

Czasami różnice stają się widoczne dopiero po wejściu w daną społeczność. Znajoma, która otworzyła butik w sąsiednim mieście, była szczerze rozczarowana, że „tamte” kobiety są zupełnie innymi klientkami, niż te z jej miejscowości: takie szare myszki, bez pomysłów i odwagi w dobieraniu strojów. Wszystkie odstępstwa od wizerunku „skromnych” są traktowane raczej jako wyjątek potwierdzający regułę, niż przyznanie, że jednak panuje tam modowa różnorodność.

Tożsamość adresu

Miejsce zamieszkania to nie tylko pryzmat, przez jaki patrzą na nas inni, ale też informacja zwrotna o nas i dla nas samych. Jako lokatorzy osiedla X czujemy się odmiennie, niż zamieszkując dzielnicę Y. Identyfikujemy się z miejscem i jego społecznością. Być może w dobie globalizacji coraz mniej, ale jednak. Bo czy jest możliwe, aby miejsce w ogóle na nas nie wpływało? A czy bez znaczenia jest, że sąsiedni lokal zamieszkują sympatyczni ludzie, którzy mijając nas, uśmiechają się serdecznie? Albo gdy okolica słynie z patologii i interwencje policyjne są „normalnością”? I w końcu czy jest obojętny widok z okien, przez które spoglądamy tyle razy dziennie? Nie wspominając już o infrastrukturze, dostępie do punktów handlowych, usługowych, czy służby zdrowia.

Życie pisze różne scenariusze i nie zawsze dostajemy szansę na wybór miejsca zamieszkania. Czasem po prostu dziedziczymy lokal po rodzinie albo wybieramy tańszą opcję w mało prestiżowej dzielnicy. I wydaje się, że nie ma to większego znaczenia, bo przecież „dom tworzą ludzie” i po zamknięciu się w czterech ścianach nie musimy mieć kontaktu z otoczeniem. Często jednak okazuje się, że całkowita izolacja nie jest możliwa, a człowiek – zwierzę stadne – wcześniej, czy później będzie chciał się mentalnie zadomowić – w mieście, na osiedlu, nawet na klatce schodowej.

Obustronne dopasowanie

Przekonanie, że miejsce zamieszkania nie wpływa na człowieka jest tak słuszne, jak przeświadczenie, że rodzina współmałżonka jest bez znaczenia dla związku, bo „żenię się z nią/wychodzę za niego, nie za jej/jego rodzinę”. Nie znam pary, na którą w choćby najmniejszym stopniu owa rodzina nie wpływała. Czasem jest to pozytywny wpływ (np. teściowie, który się nie wtrącają, ale są i akceptują wybranka dziecka), a czasem nieustanne sabotowanie poczynań świeżo założonej rodziny – dokonywane tak subtelnie, że właściwie niezauważalne. Zauważalny jest dopiero efekt końcowy, kiedy zniszczenia są już nieodwracalne. Podobnie, jak z żabą, która „daje się” ugotować żywcem*.

Czasem słyszę, że ludzie z miasta boją się, że przeprowadzka na wieś spowoduje niekorzystne zmiany w ich mentalności. Obawa ta zdaje się być zasadna połowicznie. Bo przecież to ten sam człowiek – może podejmować te same aktywności, może się tak samo ubierać i żyć dokładnie tak, jak w mieście. Ale czy na pewno? Czy stopniowo nie zaczniemy przesiąkać obyczajowością i kulturą danego miejsca, porzucając dawne zwyczaje?

A przeprowadzka z domku do bloku? Znam ludzi, którzy przez wiele lat nie zdołali przywyknąć do nowej rzeczywistości. Z tego samego powodu nigdy nie mogłam się cieszyć odwiedzinami babci dłużej, niż kilka dni, bo mój blokowy metraż był o wiele za mały, jak na jej potrzeby i przyzwyczajenia. Dusiła się, nie mogąc wyjść o dowolnej porze na własny trawnik, niezajętą ławkę, czy zasnąć na leżance pod gołym niebem.

A jak jest u Was? Wrastacie w miejsce zamieszkania i stajecie się jego częścią? Czy może dom to dla Was zawsze ten sam dom niezależnie od współrzędnych geograficznych?

Magda

* wszystkich, którzy nie znają metafory z żabą, odsyłam do obejrzenia filmiku. Żaba wrzucona do wrzątku, poparzona wyskoczy. Gdy podgrzać stopniowo wodę, nie zauważy minimalnego, acz stałego, wzrostu temperatury i ugotuje się.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Inne i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s