Zawód: matka

„Nie czytam, nie sprawdzam, nie dowiaduję się ponad to, co podstawowe i absolutnie niezbędne” powiedziała mi kiedyś znajoma, która oczekiwała dziecka. Twierdziła, że większość wiedzy przyjdzie niejako naturalnie. Widziałam ją parę dni po porodzie, gdy z troską i ogromnym uczuciem karmiła swoje dziecko. Był przy niej jej mąż. Razem stanowili zgraną, rozemocjonowaną parę młodych rodziców, którzy odkrywają tajemnicę życia. Obraz ten na długo zostanie w mojej pamięci, bo pomyślałam wtedy: jeśli tak to może wyglądać, to sama chętnie spróbuję.

Od tego czasu nie musiałam zaopatrywać się w ciążowe ubrania ani odkrywać uroków nagłego i niepohamowanego wzrostu centymetrów w pasie. Życie toczy się tym samym torem, choć wiem, że praktycznie posiadam wszystko, co składa się na przemyślaną i całkowicie racjonalną decyzję o dziecku: kochającego i niezwykle prorodzinnego partnera, własne M, pracę i przede wszystkim chęci. Nadal jednak nie podjęliśmy tej decyzji. Dlaczego? Bo tak, jak Magda opisywała w swoim wpisie, nie umiem podejść do tego na zasadzie: „wystarczy, że będziemy”.

Boję się, że mnie nie uda się, tak jak Ewie we wpisie Magdy zaskarbić sobie bezgranicznej miłości mojego dziecka. Bo niby skąd mam wiedzieć, jak je wychowywać, skoro nigdy tego nie robiłam (nie miałam nawet okazji opiekować się rodzeństwem ani kuzynami)? Nikt mnie najpierw nie przeegzaminuje, by później móc powiedzieć: „umiesz zaśpiewać kołysankę, opowiedzieć bajkę na dobranoc, rozbawić malucha, przygotować odpowiedni posiłek i sześciokrotnie wstawać każdej nocy – nadajesz się do zawodu. Popracuj trochę nad zręcznym ubieraniem i cierpliwością, a z pewnością sprawdzisz się jako rodzic. Takich ludzi szukamy – tacy odnoszą sukces.” Pracownik działu kadr nie poradzi również, że zmianę zawodu powinnam odłożyć na później. Jednym słowem z tej decyzji rozliczy mnie „tylko” samo dziecko, gdy z perspektywy czasu będzie mogło stwierdzić, czy dałam mu to, co powinnam i odpowiednio przygotowałam do funkcjonowania w realiach współczesnego świata.

Obawiam się również tego, że bycie matką oznacza rezygnację z wszystkich dotychczasowych przyzwyczajeń i zainteresowań. Już nie kupię z dnia na dzień tanich biletów lotniczych, aby wyrwać się na parę dni z domu, nie będę w każdej chwili mogła spędzić pół nocy ze znajomymi, nie pójdę o dowolnej porze biegać, a tym bardziej nie będę czytać jednej książki tygodniowo – już nie wspominając o jakże ważnej dla mnie pracy, którą albo przerwę albo całkowicie zamienię na coś innego. Poza tym, gdy już będę mogła do niej wrócić, czy kogokolwiek będą jeszcze interesowały moje obrosłe kurzem kompetencje i doświadczenie?

A może wraz z pierwszym spojrzeniem tej małej istotki zmienią się wszystkie moje priorytety? Może wszystkie marzenia i osiągnięcia trafią na listę rezerwową?

Czy jest czego się bać? Jak bardzo się zmieniamy, gdy stajemy się rodzicami? Co sądzicie, drodzy czytelnicy i czytelniczki?

Hania

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kobiety i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Zawód: matka

  1. Dominika pisze:

    Witajcie, z przyjemnością przeczytałam Wasze przemyślenia nt. macierzyństwa…Oby dwie macie po trosze rację,co stwierdzam jako „młoda” mama. I dadam tylko od siebie: IM PÓŹNIEJ TYM GORZEJ. Z jednej strony dojrzałe macierzyństwo, z drugiej wieloletnie przyzwyczajenia, wygodnictwo, egocentryzm. Dojrzałość już wszystkie osiągnełyśmy, bo przecież zarówno mama 25-letnia jak i 35-letnia jest dojrzała emocjonalnie i sprosta obowiązkom rodzicielskim.
    Zanim pojawił się Krzyś doświadczałam podobnych ambiwaletnych uczuć. Teraz wiem, że moje obawy były wygórowane. Racja-już nie biegam, nie chodzę 3 x w tygodniu na basen, nie wyjeżdżam na weekendy, nie chodzę na imprezy, czytam 1 książkę na pół roku (poza literaturą fachową nierzadko późnymi wieczorami), nie rozmawiam godzinami przez telefon, nie śledzę codziennie wydarzeń w kraju i za granicą ani nie siedzę regularnie na fejsie, nie przygotowuję zdrowych sałatek tylko jem w biegu „co popadnie”, nie odwiedzam regularnie kosmetyczki i fryzjera, nie śledzę na bieżąco trendów w modzie i nie jeżdzę na „ciuchowe” zakupy… bo po prostu nie mam na to czasu. Ale wiem też, że taka sytuacja jest przejściowa i niebawem (dzieci szybko rosną) wrócę, przynajmniej częściowo, do swoich hobby sprzed ery macierzyństwa. Wrócę ubogacona wewnętrznie w taką ferię uczuć i zupełnie nowe doświadczenia, których nie wyrzekłabym się za żadne skarby. A ze strony dziecka otoczona nie kończącą się piękną bezwarunkową czystą miłością…
    Ażeby nie zanudzać polecę w tym miejscu książkę „Pod presją” Carla Honore’a i artykuł p.t. „Wypuscie dzieci spod klosza” napisany na jej podstawie w listopadowym „Zwierciadle” przez Alinę Gutek: Po jego przeczytaniu na pewno wychowanie dziecka przestanie się wydawać niemożliwe do pogodzenia z pozamacierzyńskimi aspiracjami..
    Pozdrawiam serdecznie i Magdę, i Hanię!!

  2. Znajoma mama pisze:

    Haniu,
    daleka jestem od namawiania kogokolwiek do rodzenia dzieci, bo na taką decyzję trzeba być po prostu gotową, ale jeśli przeszkodą są tylko obawy, o których piszesz, to mogę chyba powiedzieć: nie taki diabeł straszny, diablątko raczej🙂

    Maleństwo, o którym wspominasz, skończyło wczoraj trzy miesiące. Jak większość dzieci nie znosi ubierania, niezależnie od tego jak sprawnie by ono przebiegało. Podobnie odkładania do kołyski, kiedy zaśnie u mamy lub taty na rękach. I nawet najmądrzejsza bajka tu nie pomoże. Największym szczęściem jest bowiem przytulanie się do piersi mamy lub wpatrywanie w uśmiechniętą twarz któregoś z rodziców. Malutka mogłaby też godzinami leżeć na rękach u cioci, zasłuchana w jej popisy wokalne, choć moja siostra wcale nie zdobywała licencji na kołysanki – raczy Malucha piosenką biesiadną, oldschoolowymi kawałkami Gawędy albo głównymi pozycjami z aktualnych list przebojów. Naprawdę, nie tak trudno wywołać u dziecka uśmiech od ucha do ucha. A język niemowląt po paru tygodniach okazuje się być pestką, zwłaszcza w porównaniu z arabskim😉

    A ja? Przeczytałam już parę stron o kolkach i trądziku niemowlęcym, ale znacznie częściej sięgam podczas karmienia po aktualną prasę i lekkie książki, na które nigdy nie miałam czasu (mogłabym wprawdzie godzinami przyglądać się Małej, ale czy to nie irytujące, gdy ktoś gapi się na nas w trakcie jedzenia?). Nie zebrałam się jeszcze po porodzie na siłownię, ale nie przypominam sobie, kiedy ruszałam się tak regularnie (codziennie godzina marszu na świeżym powietrzu i nieskończona liczba podnoszeń prawie 6-kilogramowego ciężarka). Na podróżowanie wciąż za wcześnie, ale odkąd Maleństwo jest na świecie prowadzimy tak bujne życie towarzyskie jak nigdy przedtem, kolejki znajomych wciąż ustawiają się do naszych drzwi, a i my „zaliczyliśmy” już urodzinowy jubileusz, ślub kolegi, posiadówę u znajomych (Mała drzemała sobie w cichutkim pokoju obok, w gondoli od wózka). Byłam już u fryzjera (dwa razy), na kawie z przyjaciółką w mojej ulubionej knajpce po sąsiedzku, zdarza mi się zrobić szybkie zakupy (kozaki, rękawiczki, torebka…). Jestem też po spotkaniu z szefową, w trakcie ustalania, jak ma wyglądać mój powrót do pracy. Czekają tam na mnie z niecierpliwością, moje kompetencje przez te kilka miesięcy (nie tylko od porodu, ale wcześniej na długim zwolnieniu lekarskim) nie zmalały widocznie. Przeciwnie – zawsze dobrze zorganizowana, teraz to dopiero umiem efektywnie zarządzać czasem!

    Żeby zaskarbić sobie miłość dziecka naprawdę wystarczy być i – dodałabym koniecznie – kochać. Warunki finansowe trudno, planując dziecko, całkiem pominąć, ale między zasobnością, która pozwoliłaby spełniać wszystkie jego potrzeby, a biedą, o której pisze Magda (stawiając ją tylko niesłusznie od razu w parze z patologią), jest jeszcze skromna nawet, ale przyzwoita sytuacja, w której kupowanie pieluch nie spędza rodzicom snu z powiek. Życie młodej mamy może być w inny sposób lecz równie aktywne jak do tej pory, choć nie da się ukryć, że jest moment, gdy tygodniami przebiega w dużej mierze w tych samych czterech ścianach. Bezcenna jest wtedy siatka osób (z rodziny, grona przyjaciół i znajomych), które podrzucą czasem coś do jedzenia, wpadną na godzinkę i przy babskich plotach pomogą prasować pieluchy lub po prostu dotrzymają towarzystwa, żeby nie czuć się samotnie. Bez tego – przyznaję – macierzyństwo nie byłoby tak radosne.

    Znajoma mama

  3. Żona Kota pisze:

    To ja jeszcze dorzucę parę słów😉
    Im dłużej się odwleka tę decyzję, tym trudniej ją podjąć… bo im dłużej się zastanawiasz, tym więcej widzisz minusów i więcej masz obaw, które potem nie mają pokrycia w rzeczywistości.
    I nie ważne, jak bardzo się do edukujemy, dziecko i tak nas zaskoczy. Poradniki mają różne rady, każdy radzi najlepiej, ale większość decyzji i tak podejmuje się instynktownie i spontanicznie lub sięga się po rady innych mam, babć. To taka trochę „jazda bez trzymanki”, ale bardzo satysfakcjonująca.

    A miłość dziecka JEST bezgraniczna i bezinteresowna (wiem z podwójnego doświadczenia i obserwacji różnych relacji mam z dziećmi)! Nie wiem natomiast, co się będzie działo w okresie dojrzewania😉 ale do tego czasu, o to akurat, nie musisz się martwić. Tego jestem w 100% pewna.

    Czy trzeba rezygnować z siebie? Trochę tak. Zależy też od ilości potomstwa, którą chce się mieć😉, ale przy jednym dziecku na pewno nie trzeba rezygnować z jednej książki tygodniowo (jeśli się szybko czyta;-P) czy biegania (jeśli dobrze to rozplanujecie z Partnerem, bo w końcu nie będziesz sama w roli Rodzica!). A i noc z przyjaciółmi jest realna, przy odpowiedniej organizacji – i tu bym się o Ciebie nie martwiła!
    Początki z Maleństwem są wymagające, ale tak naprawdę chce się mu poświęcić jak najwięcej czasu. Ale ja już po pierwszych kilku miesiącach z pierwszym synem regularnie jeździłam do Babci, nie tylko Ona do nas, chodziłam z Małym na zakupy, spacery, spotykałam się z koleżankami. Powtarzaj sobie często, że będziesz miała grzeczne dziecko, to może tak, jak ja będziesz mieć to szczęście, że bobas będzie głównie spać, a wtedy czas znajdziesz na wiele rzeczy😉 A ja i z dwoma chłopami znajduję chwilę dla siebie! Pozdrawiam i życzę powodzenia w podejmowaniu decyzji😉

  4. Magda pisze:

    „To nie dziecko ogranicza nasze horyzonty w życiu, a nasz sposób myślenia o nim.” – myśl pochodzi z bloga Biegnącej z wilkami. Zachęcam do przeczytania historii Ani

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s