Z ziemi włoskiej do Polski, czyli slow life nad Wisłą

Pamiętam, że w czasach liceum i studiów wszyscy pędzili. Każdy miał po lekcjach milion dodatkowych zajęć (najczęściej języki obce, treningi sportowe, wolontariaty i pierwsze prace), wychodził z domu rano, a wracał wieczorem (chyba, że tego dnia była jeszcze do zaliczenia impreza, to wracał kolejnego dnia rano, albo nawet wieczorem). Nikt nie przysiadł na dłużej nad talerzem – jadło się w biegu, a po mieście paradowało ze styropianowym kubkiem kawy, bo było się wiecznie niedospanym, spóźnionym i zmęczonym – wtedy jeszcze młody wiek gwarantował szybką regenerację organizmu. Później pamiętam modę na wodę mineralną – te bardziej „na topie” osoby przechadzały się po korytarzach szkół z butelką którejś z reklamowanych wód i popijały ją na przerwach i w czasie zajęć. Następnie wzrastająca świadomość Polaków na tematy związane ze zdrowym stylem życia pociągnęły za sobą modę na zdrową żywność i ta tendencja utrzymuje się do dziś. Na tym zjawisku jednak się nie zakończyło. Poza tym, że żywność ma być zdrowa, jak najmniej przetworzona i najlepiej własnoręcznie przyrządzona, powinna też być spożywana w spokoju (dla ludzi, którzy połykali w pośpiechu całe kęsy bez gryzienia, musi być to kompletna strata czasu!). Tak zrodziła się we Włoszech idea slow food, która w– przeciwieństwie do fast food – oznacza wolne jedzenie, delektowanie się każdym kęsem, chłonięcie zmysłami smaku, zapachu i celebrowanie każdego posiłku.

Przestawienie się z fast na slow food wymaga nie tylko zmiany zawartości talerza, ale przede wszystkim zmiany podejścia do jedzenia i uświadomienia sobie, że poza podstawową rolą odżywczą, spełnia ono jeszcze szereg innych funkcji (jest ogromną przyjemnością, bywa afrodyzjakiem, posiłki są okazją do spotkań towarzyskich, a w patologicznych przypadkach stanowią też „wypełniacz” pustki emocjonalnej czy substytut innych niezaspokojonych potrzeb). Gdy wiemy już po co jemy, możemy skupić się na smakowaniu potraw, a nawet potraktować posiłek jak atrakcyjną formę spędzania czasu. No właśnie – czas. Jak tu się delektować obiadem, gdy w kolejce czekają już kolejne pozycje na liście „to-do”?

Wyszłam od jedzenia, bo dla mnie osobiście tempo zjedzenia posiłku jest swego rodzaju testem, czy potrafię zwolnić. Umiejętność wolnego zjedzenia obiadu, tak by nie traktować go jako tego punktu grafiku, na którym można zaoszczędzić czas oznacza, że ze wszystkim innym będzie już łatwiej. Dzięki temu jeszcze lepiej rozumiem, dlaczego to właśnie ze slow food wywodzi się idea slow life. A slow life to nic innego, jak bycie tu i teraz bez uciekania myślami tam, gdzie dopiero za parę chwil podąży ciało. To świadome życie człowieka, który zna swoje cele i nie spuszcza z oka tego, co dla niego najcenniejsze. Potrafi odróżnić sprawy ważne od najważniejszych i na nich skoncentrować swoją energię. Zdrowo się odżywia, dba o siebie i osobisty rozwój, znajduje czas na swoje zainteresowania, pielęgnuje relacje z innymi ludźmi. Żyje wolniej.

Po zapoznaniu się z filozofią slow life odnoszę wrażenie, że nie jest to sposób na życie dla wszystkich. Nie dla tych, którzy właśnie rozpoczynają pracę i muszą/chcą się wykazać, spędzają więc w pracy nadgodziny, angażując się ponadprzeciętnie. Nie dla tych, którzy aby powiązać koniec z końcem, pracują na kilku etatach i ostatnią rzeczą o której pomyślą, gdy wygłodniali wracają do domu, to to, żeby posiłek zjeść pomału. Na zwolnienie obrotów nie mogą też (albo nie chcą) pozwolić sobie osoby, które mają dużą potrzebę osiągnięć, ambicje i konkretne pomysły na siebie, a także determinację do ich realizowania (z pełną świadomością kosztów dotarcia do celu) – bo w ich przypadku stanie w miejscu oznacza cofanie się. I są też tacy, którzy nigdy samych siebie nie polubili na tyle, żeby spędzić ze sobą trochę czasu – dlatego sprawiają wrażenie zawsze zabieganych, a dłuższe „okienko” pomiędzy kolejnymi zajęciami i chwila zatrzymania jest dla nich nie do zniesienia.

Dla kogo więc jest? Może dla tych, o których Beata Kozidrak przed laty śpiewała: „nie masz czasu na sen, nie masz czasu na seks, wciąż od życia chcąc więcej”? Przypuszczam, że każdy, kto kiedykolwiek prowadził fast life chętnie zazna wytchnienia. Moda na świadome, spokojne życie jest ogromną szansą dla pracoholików i dla tych, którzy dali się porwać w wir pracy, bo taki kiedyś był trend. Teraz mogą wreszcie wyhamować bez poczucia, że coś ich omija, że wyłamali się z mainstreamu.

Ja również z ulgą obserwuję zmieniającą się modę na styl życia, gdyż niedawno zdałam sobie sprawę, że nie zdążę już z wieloma sprawami w życiu. Że mam coraz więcej planów i chęci, a coraz mniej miejsca w grafiku. Spektrum zainteresowań poszerza się zamiast zawężać, nie dając możliwości skupienia się na kilku najważniejszych sprawach. Są przecież takie obszary, w które należy włożyć serce – dla przyjemności, dla wydajności, dla satysfakcji. Gdy jest ich za wiele, pojawia się problem, bo każdego z nich ledwie dotkniemy nie zgłębiając ostatecznie żadnego, aż w skrajnych przypadkach może pojawić się uczucie niemocy i zwątpienia.

Właśnie wtedy, gdy zastanawiałam się, które życiowe projekty ustawić przed innymi i frustrując się, że w ogóle muszę któreś opcje odrzucić, natrafiłam na wypowiedź Agnieszki Maciąg, ambasadorki akcji „Wolni od stresu”. O swoim dniu w wersji slow mówiła, że to taki, w którym dokonujemy wyboru, co jest naprawdę ważne, bo nie możemy zrobić wszystkiego, nie możemy być wszędzie. Trafiła w samo sedno moich rozważań o tym, czym jest, a czym nie jest slow life i czy da się tak żyć.

Może zacznę od zjedzenia kolacji bez pośpiechu?

Magda

Ten wpis został opublikowany w kategorii Zdrowie i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Z ziemi włoskiej do Polski, czyli slow life nad Wisłą

  1. PETERENZO pisze:

    Ale jaja! Tak zacznę „świątecznie”. Znając Ciebie osobiście stwierdzam, że wypowiedź w stylu „Pamiętam, że w czasach liceum i studiów […] wtedy jeszcze młody wiek gwarantował […]” jest mocno na wyrost. Jesteś MŁODA, a ja również tak się jeszcze czuję, gdyż w tym roku obchodzę dopiero 10-tą rocznicę obrony dyplomu. Ale to tak na marginesie.
    Ciekawe jest jednak to, na co zwróciłaś uwagę. Może ja studiowałem trochę wcześniej, może również to, że jestem „facetem” spowodowało, że w ogóle nie zauważyłem takich tendencji. My „facety” chyba mniej przywiązujemy uwagę do takich spraw. Co więcej, raczej czasy szkoły średniej i studiów wspominam jako te, podczas których miałem najwięcej czasu na wszystko. Podsumowując: nauka, hobby, szkolenia, praca, imprezy itp. Żyło się wtedy bardzo szybko, ale za to bardzo „treściwie”. Wszystko, co robiłem, poza nauką, sprawiało mi ogromną przyjemność. Chociaż również nauka w tematach, które z mojej perspektywy dostarczyły mi wielu miłych doświadczeń i wrażeń, była również atrakcją, otwierającą wówczas okno na świat. Otóż jeszcze w liceum zaangażowałem się w pracę w turystyce i przez całe studia, jak również później to było moim sposobem na życie, a także głównym źródłem dochodu. Wówczas nie myślałem o zwolnieniu tempa, a jedynie o tym, co przyniesie nowy dzień, w której części Europy będę mógł się jutro znaleźć i jak dam radę ponieść na barkach trudy bycia pilotem-przewodnikiem. Sprawiało mi to ogromną przyjemność i satysfakcję. Jednak wówczas kierowałem się zasadą „Carpe diem”, która stała się moim credo po obejrzeniu filmu „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” z genialną rolą Robina Williamsa jako ekscentrycznego nauczyciela. W latach 90-tych, kiedy wkraczałem w dorosłe życie ten film dość mocno, w świetle wydarzeń, które miały miejsce w naszym kraju w tym okresie, ugruntował moje spojrzenie na świat i przyszłość młodego człowieka, jakim wówczas byłem.
    Ale jak widzę, priorytety się zmieniają i nie wynikają tylko ze sposobu życia, ale również pewnych trendów. Każde kolejne pokolenie, co mogłem zaobserwować, żyjące w tych ciekawych dla naszego kraju czasach, ma inne problemy, a co za tym idzie, również potrzeby. Ja, będąc w liceum kombinowałem, co zrobić, aby zobaczyć trochę świata, który będąc dzieckiem, był dla mnie i moich rodziców niedostępny. Teraz, kiedy każdy może podróżować po całym świecie, pojawiają się właśnie takie prozaiczne problemy jak to, co dzisiaj zjem. Przepraszam, że tak to upraszczam, ale takie tendencje kreują media i instytucje, które chcą na tym zarobić. Brutalna rzeczywistość.
    Dlaczego tak dużo piszę na temat swoich doświadczeń? Otóż teoria, którą na swoje potrzeby nazwano „slow-life”, „slow-food”, aby kolejne instytucje zabłysnęły czymś nowym wśród rekinów PR-u, to nic innego jak próba kopiowania pewnych tradycji do Polski. Mogę mówić o tym otwarcie, gdyż sporo czasu spędziłem w podróżach po krajach z basenu Morza Śródziemnego, jako: pilot, przewodnik, rezydent. Kilka lat spędziłem również na miejscu próbując dostosować się do ich kultury, sposobu życia i postrzegania świata. Ten, kto był tam, chociaż raz na urlopie, wie jak cenią sobie swój czas, rodzinę i kontakty. Jak również wygląda ich zadowolenie z życia, jakie są ich priorytety. Ja tam pracowałem i mieszkałem – chciałbym wrócić! Fakt, musiałem się nauczyć żyć tak jak oni, aby mocno nie odstawać. Ale chciałbym tak żyć teraz!!!
    Piszesz o tym, dla kogo nie jest slow-life. W naszym kraju poza osobami, które zwyczajnie mogą sobie na to pozwolić, nie ma takich. Wszyscy żyjemy bardzo szybko. Bez względu na zajmowane stanowisko wymaga się od nas nadludzkich dyspozycji. To rynek pracodawcy wymusza na nas taki sposób bycia. Niestety sami jesteśmy sobie winni. W realiach polskich walka o dobre uposażenie mija się z celem. Zawsze na nasze miejsce znajdą się osoby, które będą chciały pracować za przysłowiową „miskę ryżu”. Dotknąłem tego osobiście. Niestety pracodawcy wykorzystują to bezwzględnie. Stąd, aby się wykazać, musimy poświęcać więcej czasu niż powinniśmy. Beata, na którą się powołujesz, śpiewała o osobie, która zapomniała o rzeczywistości, kosztem własnej kariery. Aby nie mieć czasu na to wszystko nie trzeba dążyć do stanowisk, wystarczy być zwykłym człowiekiem – niestety. Moda na spokojne życie jest szansą – tak. Tylko, dla kogo?
    Sama zauważasz, że pojawia się wiele planów, na które nie ma miejsca w grafiku. Obyś nie musiała tego doświadczyć. Jednak powiem Ci, w świetle własnych doświadczeń, że takich sytuacji w życiu będzie jeszcze wiele. Wyniknie to nie tylko z tego, że nie będzie czasu, ale również czasem zaczniesz zauważać, że nie na wszystko Cię stać. Może Ty nie będziesz miała tego problemu, ale niestety są osoby, które na życie patrzą również przez ten pryzmat. Mając dzieci… Wtedy życie staje się droższe.
    Agnieszka Maciąg – kto to jest? Jeżeli patrzysz na świat i życie przez pryzmat takiej osoby i starasz się jej „pseudo wypowiedzi” traktować, jako motto to niestety muszę Cię sprowadzić na ziemię. Nie będzie tak kolorowo. Można być ambasadorem akcji „Wolni od stresu”, kiedy ma się taką bezstresową możliwość. Niestety większość z nas takiej możliwości nie ma i musi się starać o codzienność, która brutalnie uświadamia nam, że trzeba się starać…
    Kolacja, bez pośpiechu – na to jedyne mnie stać – kiedy już wszyscy śpią – jest 00.20.
    Piotrek

    • Magda pisze:

      Witaj Peterenzo!

      Dziękuję za komentarz! Mimo ogólnie pesymistycznego wydźwięku Twojej wypowiedzi udało Ci się mnie rozbawić podkreśleniem mojej młodości🙂. Rozpoczynałam liceum ponad 10 lat temu, a okres dekady – wobec coraz szybciej postępującej technologizacji i globalizacji – jest już „przepaścią” (tym słowem informatyk składający mój pierwszy komputer określał różnice między kolejnymi wersjami programów). Pisząc w ten sposób nie zaprzeczałam, że jestem młoda, ani że osoba w Twoim wieku może się tak czuć. Chodziło mi raczej o podkreślenie tempa przemian, niż o wiek metrykalny.

      Twój komentarz odczytuję w taki sposób, że jako ten starszy i bardziej doświadczony pokazujesz jak wygląda życie w Polsce i na świecie i jak to się ma do możliwości „przejścia” na slow life – Twoim zdaniem kiepsko. Chyba jednak trochę za bardzo zawęziłeś to pojęcie zakładając, że zmiana stylu życia musiałaby być 100% kalką stylu śródziemnomorskiego, którego miałeś szansę zakosztować. W swoim wpisie chciałam raczej przedstawić slow life jako szansę, możliwość, alternatywę – coś czego można spróbować, przetestować, bez żadnych konkretnych wytycznych odnośnie implementacji tego stylu życia. Ot, było szybko, może być wolniej. Nie zakładam, że każdy bez wyjątku może pozwolić sobie na taką zmianę. Jeśli np. ledwo wiążę koniec z końcem, to raczej skupię się na działaniach mających na celu dorobienie paru groszy, zamiast spędzać czas na rozwiązywaniu „prozaicznych problemów”, jak nazwałeś dylemat, co dzisiaj zjem – bo wtedy zjem cokolwiek.

      Wiadomo, że trzeba zachować zdrowe proporcje, ale równie ważne jest, aby od czasu do czasu zastanowić się nad obranym kierunkiem. Sądzę, że Ty masz sporą samoświadomość, wyznaczone cele i priorytety, ale wokół nas są ludzie, którzy zupełnie bezrefleksyjnie przeżywają kolejne dni, a zapytani dlaczego zachowują się jak na autopilocie, w ogóle nie rozumieją pytania. „Tak jest”, „tak trzeba”, „bo tak” – brzmią odpowiedzi. Nie ma miejsca na wartościowanie na skali zadowolenia, satysfakcji, rozwoju. A jeśli pozwolisz sobie na chwilę dla siebie, być może dojdą do głosu tłumione marzenia, może odczujesz zmęczenie i pomyślisz, że nie tak chciałeś, żeby się potoczyło. A jeśli nie tak, to jak można by inaczej? Co zmienić, co usprawnić? Opcja „nic już nie da się zrobić” w rzeczywistości występuje dość rzadko – wbrew pozorom.

      W zamian za Twój przykład i Twoją szczerość, opowiem Ci jak to jest u mnie. Być może Cię zaskoczę, bo nie mam bezstresowej możliwości życia bez stresu (zresztą pewna jego dawka jest pożądana z motywacyjnego punktu widzenia), ale to nie znaczy, że odpuszczam. Wręcz odwrotnie: fakt, że nie mogę pozwolić sobie na leżenie do góry brzuchem, tylko – jak piszesz – starać się każdego dnia, sprawia, że tym bardziej chcę znaleźć chwilę dla siebie, aby zregenerować siły, by mieć energię do pracy. Do wypalenia tylko jeden krok, a wtedy będziemy bezużyteczni, więc chyba lepiej na bieżąco dbać o dobrą kondycję, wrzucić czasem na luz (nie mylić z lenistwem) i zrobić sobie przyjemność w postaci chociażby wspominanej już dobrej kolacji, niż zaprzęgać się wyłącznie do pracy. Żaden organizm nie wytrzyma dużego tempa na dłuższą metę. Czymże są 2 tygodnie urlopu przy 52 tygodniach roboczych? Żal mi ludzi, którzy cały rok odliczają do wakacji i czekają na nie jak na zbawienie, a potem okazuje się, że były i tak za krótkie i nie spełniły oczekiwań. Zamiast tego wybieram codzienne małe chwileczki wytchnienia (np. zaparzam herbatę liściastą, zamiast ekspresówki – zabiera trochę więcej minut, ale można przy okazji przerzucić kilka stron gazety; planując rozmowę telefoniczną, wychodzę na krótki spacer – przy okazji dotleniam się itp.). Wychodzę z założenia, że lepiej jeść codziennie małą łyżką, niż najeść się raz na miesiąc dużą.

      Jestem przekonana, że gdybyś przyjrzał się swojemu grafikowi na cały dzień, również znalazłbyś parę chwil na „zrestartowanie” umysłu. Być może potrzebowałbyś zaangażować w to też rodzinę, może wspólnie znaleźlibyście sposób na złapanie oddechu?

      Podsumowując, nawet jeśli slow life to sezonowa moda, to jak dla mnie to bardzo pozytywny trend. Pozytywny dla zdrowia ciała i umysłu, dla relacji międzyludzkich i wielu innych aspektów. Współcześnie można zarobić na wszystkim, więc jeśli jakaś instytucja będzie miała korzyści z tego, że zapragnę żyć wolniej i zdrowiej, to wolę dać zarobić jej, niż np. producentom fast-food’ów.

      Pozdrawiam,
      M.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s