Walentynki – słów kilka o miłości…własnej

Zastanawialiście się kiedykolwiek nad znaczeniem biblijnego przykazania „Kochaj bliźniego jak siebie samego”? Kochać bliźniego – to niby wiadomo, chodzi o miłość do partnera, brata, rodzica, czy przyjaciela. Ale skoro kochać ich wszystkich trzeba tak, jak siebie samego, to czym będzie ta miłość do samego siebie? Można by to uprościć do powiedzenia: „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, ale może jednak chodzi o coś więcej?

Weźmy za przykład miłość niezwykle silną, matczyną. Zupełnie do głowy jej nie przyjdzie, aby robić dziecku krzywdę. Ona po prostu robi wszystko, żeby było mu jak najlepiej. Taka miłość wyraża się w trosce o dziecko, w zapewnianiu mu opieki, zdrowia, pożywienia, zabawek, towarzystwa innych dzieci, obecności ojca – wszystko po to, aby prawidłowo się rozwijało i dorastało w szczęśliwej rodzinie aż osiągnie dojrzałość. A co potem? Czy to dorosłe już dziecko zawsze potrafi o siebie zadbać tak, jak robiła to matka? Czy zatroszczy się o najlepsze dla siebie warunki do dalszego rozwoju, aby stawać się coraz lepszym człowiekiem i spełnić się w życiu? Z tym to już różnie bywa.

Często za to ludzie szczycą się swoimi poświęceniami dla innych, tym że rezygnują z siebie dla kogoś bliskiego, są dumni z tego, jak wiele potrafią ofiarować, nie oczekując niczego w zamian. Tak jakby ta druga osoba była ważniejsza, więc to jej potrzeby powinny zostać spełnione. Pytanie tylko, czy to jest właściwa droga. Tutaj właśnie przydałaby się odrobina właściwie wykształconej miłości własnej – czyli szacunek dla siebie, zwyczajne lubienie siebie i tego, kim się jest, a także dostarczanie sobie tego, co dla nas ważne. Taka postawa bywa jednak odbierana za przejaw egoizmu i można pokusić się o stwierdzenie, że coś w tym jest. Tyle tylko, że egoizm to dbanie wyłącznie o siebie, podczas gdy racjonalna miłość własna zakłada: zadbam najpierw o siebie, żebym mógł zadbać o ciebie. Osobiście spotkałam w swoim życiu więcej ludzi, którzy mają problem z lubieniem siebie, akceptowaniem siebie jako pełnowartościowego człowieka, niż tych, którzy powinni się leczyć z egoizmu.

Pamiętam jak dziś, choć minęło już wiele lat, swoje zdziwienie, gdy przed pierwszą spowiedzią przeczytałam w skarbczyku pytania pomocnicze w rachunku sumienia, tyle że te przeznaczone dla dorosłych: czy dbałam o swoje zdrowie, czy nie narażałam życia, czy zapewniałam sobie odpowiednią ilość odpoczynku, czy nie popadałam w pracoholizm itp. Byłam zaszokowana, że odpowiedzi negatywne mogłyby wskazywać na grzech. Dodam, że jak na dziewięcioletnie dziecko, byłam bardzo dociekliwa w sprawach wiary i chciałam rozumieć sens różnych obrządków. Zdziwiło mnie właśnie podejście, że nie tylko nie powinniśmy krzywdzić innych ludzi w jakiś celowy i oczywisty sposób, ale też nie wolno nam zaniedbywać siebie! Tymczasem obserwuję, że to właśnie osoby religijne mają z tym spory problem (oczywiście nieuświadomiony, a wielu księży też niespecjalnie kwapi się, aby wyjaśniać trudne teksty biblijne), bo wydaje im się, że ich powołaniem jest życie wyłącznie dla innych, kosztem samego siebie.

Być może nie takiego tekstu walentynkowego spodziewali się nasi Czytelnicy🙂, ale sądzę że to właśnie Dzień Zakochanych jest dobrym terminem, aby rozprawiać o miłości w różnych jej odmianach.

Tym, którzy spędzą Walentynki z ukochaną osobą, gorąco polecam klimatyczną inspirację Hani. Dla tych zaś, którzy wprost nie mogą znieść tego dnia i najchętniej usunęliby ze swojego kalendarza dzień 14 lutego oraz wyrzucili radio, żeby tylko nie słuchać tych wszystkich piosenek o miłości, przytaczam analogiczną sytuację ze świąt Bożego Narodzenia. Gdy w Wigilię zadzwonił do Trójki słuchacz z pretensjami: „Dlaczego nie szanujecie tych, którzy nie są wierzący? Dlaczego mamy słuchać kolęd w tym okresie? Jakie pomysły ma radio na to, żeby tacy ludzie jak ja mieli czego posłuchać w tych dniach?” Mann wybrnął wtedy genialnie, odpowiadając ze spokojem, że ma wiele płyt z kolędami i wydaje mu się, że wigilia i święta to lepszy okres na to, żeby je puścić słuchaczom, niż na przykład letnie wakacje.🙂

Wszystkiego dobrego!

Magda

Ten wpis został opublikowany w kategorii Inne i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Walentynki – słów kilka o miłości…własnej

  1. Peterenzo pisze:

    Cześć Magda
    Zainteresowały mnie Twoje przemyślenia, dlatego chciałem dorzucić trochę swojej polemiki na temat tego to napisałaś. Postaram się analizować kolejne akapity.
    Moim zdaniem interpretacja jednego z dwóch podstawowych przykazań Chrystusowych i uproszczenie go do powiedzenia „nie czyń drugiemu…” jest nierozsądne. Ale fakt, zadałaś pytanie, czy jest w tym coś więcej. Otóż jest w tym przykazaniu przesłanie dla ludzi, które można opowiedzieć takimi przymiotami jak: prawdomówność, odpowiedzialność, szczerość, a przede wszystkim uczciwość. Wiele można wymieniać. To przykazanie wykracza poza nasze ludzkie rozumowanie, ponieważ niewielu z nas jest w stanie je rzeczywiście realizować. Jeżeli nawet chcemy to staramy się je sobie tłumaczyć na swój sposób, jak w przypadku „nie rób drugiemu…”
    W kolejnym rozważaniu przytoczyłaś temat miłości matczynej, zdeterminowanej niesamowitą, nieopisaną więzią, która łączy matkę z własnym dzieckiem. Moim zdaniem nijak się to ma do tematu przewodniego. Matczyna miłość jest czymś więcej niż „miłością bliźniego”. Nie wymagajmy od ludzi aż takich poświęceń. Ta miłość jest poświęceniem, zwykle bezgranicznym. Nie wierzę w świat, w którym ludzie darzyliby się takim uczuciem. Taka miłość zniszczyłaby nas. Jednak po raz kolejny zadajesz pytanie czytelnikowi, nie dając żadnych wskazówek na możliwe odpowiedzi, choćby z rożnego punktu widzenia, najbardziej paradoksalne. Po tym akapicie dalej nie wiem, o co Ci tak naprawdę chodzi. A propos – jest też miłość ojcowska…
    W kolejnym akapicie poruszyłaś bardzo trudny temat poświęcenia i racjonalnego myślenia w kontekście szacunku do samego siebie. Starasz się też wytłumaczyć pojęcie egoizmu. Niefortunnie zaczęłaś rozważanie od ludzi, którzy „szczycą się poświęceniami dla innych”. To dla mnie właśnie egoiści – ludzie, którzy budują swój wizerunek na czyjejś krzywdzie: ja wszystkim pokażę jak wam pomagam. To nie jest postawa w stosunku, do której musielibyśmy mieć wątpliwości, że nie uwielbia samego siebie. Sporo sprzeczności w tym, o czym piszesz. A „racjonalna miłość”? Czym jest? Czy w ogóle można stosować takie pojęcie? Dla mnie miłość „[…] cierpliwa jest, łaskawa jest […]” – nie będę cytował dalej. Jednak to najpiękniejsze słowa opisujące właśnie to uczucie. Dlatego daleko nam do prawdziwej miłości, kiedy próbujemy ją na swój, ówczesny sposób racjonalizować. Mógłbym długo tu polemizować z takim twierdzeniem. Ja jednak niestety częściej spotykam w życiu egoistów niż ludzi, którzy borykają się z wiarą we własne możliwości. Może to domena instytucji, w których pracuję.
    Ludzie w Boskim planie są jak fiskus w hierarchii państwowej. Mają ustalone prawo oraz dowolność jego interpretacji. To właśnie Boski plan, w którym każdy z nas ma jasno wyznaczone cele, jednak dużą dowolność w ich „priorytetyzowaniu” i realizacji. Każdy z nas jest elementem tego planu, dlatego musimy zakładać, że dbanie o siebie pomoże w jego realizacji. Życie jest jednak elementem przewodnim, tak innych, również nienarodzonych, jak i nasze własne. To podstawowy priorytet, o który musimy dbać. Tu chciałbym zapytać, jakie masz doświadczenie w kontaktach z ludźmi, którzy uważają, „że ich powołaniem jest życie wyłącznie dla innych, kosztem samego siebie”? I tu ja zadam parę pytań. Jak zracjonalizujesz miłość Matki Teresy do osób, którym poświęciła życie? Czy uważasz, że permanentnie grzeszyła oddając im wszystko? Czy może w imię racjonalnej miłości powinna wyjechać na urlop, przynajmniej raz w roku? Może powinna mieć dom? Auto? Czy jej pojmowanie dbania o siebie było błędne? Może miała wszystko, czego potrzebuje, a resztę oddała innym? Nasze parytety są „kosmicznie” odmienne od postrzegania potrzeb przez osoby powołane przez Niego do realizacji planu… Nie możemy tego racjonalizować. Dla nas dbaniem o siebie będzie zdrowa żywność – dla niej sucha bułka, samochód – sandały, dom – cela, urlop – sen… Czy wolno nam to analizować i w jakikolwiek sposób porównywać? Księża natomiast nie do końca… Zakończę.
    Ja natomiast, tak jak pisałem wcześniej, codziennie spotykam się z arogancją i egoizmem. Może to domena branży, w której pracuję. Muszę być odpowiedzialny i uczciwy w stosunku do mojego pracodawcy, ale on łamie te zasady w stosunku do swoich klientów i do mnie – co robić? Zwolnić się? Jak zastosować się do tego, w co wierzę i chciałbym realizować? Wiele nauczyłem się od człowieka, który jest z dala od wiary jednak jest moim mentorem. Miałem okazję uczyć się od niego i czerpać z jego wiedzy. Chciałbym tak „realizować” biznes i całe swoje życie, ponieważ „z pragmatycznego punktu widzenia warto ufać ludziom” to słowa Dalajlamy, które po jego treningach mocno utkwiły mi w głowie. Tak staram się żyć. A to, co ma do powiedzenia chciałbym przekazać innym. Warto go posłuchać. http://www.youtube.com/watch?v=IMFNfVrLSuc&feature=related
    A na koniec spytam – co z tymi w walentynkami?

    • Magda pisze:

      Witaj Peterenzo na blogu! Dziękuję za obszerny komentarz.

      Po uważnej lekturze wnioskuję, że Twój pogląd na poruszany temat jest mocno zdeterminowany wiarą i religią. Dobrze znam ten punkt widzenia i potrafię zrozumieć, że realizowanie boskiego planu zakłada interpretowanie przykazań w określony sposób, definiowanie miłości w konkretny sposób, podobnie z pojęciem poświęcenia i wieloma innymi, o których wspomniałeś. Gdyby przyjąć, że dla wszystkich religia zajmuje to samo miejsce w hierarchii wartości, pokusiłabym się o odpowiedzi na wszystkie postawione przez Ciebie pytania. Jednak wiem, że wśród Czytelników są też osoby, dla których życie wieczne nie jest celem „ziemskiego pielgrzymowania”, powołanie życiowe odnajdują bez względu na wiarę, a mimo to kierują się przykazaniami chrześcijańskimi. Dlaczego? Mówią, że niezależnie od wyznania 10 przykazań to uniwersalny kodeks międzyludzki – ułatwia i reguluje życie, podobnie jak kodeks drogowy w ruchu ulicznym. Właśnie tak chciałam ująć temat – z lekkim dystansem do religijności jako takiej, aby był uniwersalny dla większego grona odbiorców.

      Piszesz, że przykazanie miłości wykracza poza ludzkie rozumowanie. Ja przyglądam mu się typowo po ludzku – bo tylko tak potrafię – i nigdzie nie napisałam, że to jest jedyna słuszna interpretacja, a nawet, że słuszna w ogóle. Ten blog jest miejscem zadawania pytań i poszukiwania odpowiedzi. Nie przyjmuję roli arbitra, który rozstrzyga, czy bezwzględnie jest tak, czy inaczej – stąd wiele znaków zapytania i „brak wskazówek odpowiedzi”. Za to uważam, że jak najbardziej mogę analizować i porównywać życiorys Matki Teresy czy kogokolwiek, kogo postawię sobie za wzór do naśladowania (osobiście zamiast z niedoścignionych autorytetów wolę czerpać z osób z mojego otoczenia: skoro ktoś żyjący w warunkach podobnych do moich zdobywa się na dobre rzeczy, to świadczy o tym, że ja też mogę!). Sądzę, że siostra z Kalkuty wiedziała doskonale, że im lepiej o siebie zadba (chociażby sucha bułka i sen, o których wspominałeś) tym więcej będzie miała sił do tego, by nieść pomoc innym.

      Twoje końcowe dylematy (zasady w pracy) oraz współpraca z mentorem utwierdzają mnie w przekonaniu, że nawet życie zgodne z religią (bo odnoszę wrażenie, że wiara jest dla Ciebie drogowskazem) nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania. Gdyby tak było, z pewnością nie szukałbyś treningów i porad „jak żyć” (dzięki za linka: posłucham w wolnej chwili). Ja też poszukuję, a powyższy tekst jest po prostu przyglądaniem się jednej z dróg.

      Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s