„Na co komu dziś wczorajszy sen…?”

Gdy usłyszałam ostatnio piosenkę Lady Pank już wiedziałam, że to najlepszy tytuł do poniższego tekstu, bo od razu wiadomo, że będzie o przeszłości. Dlaczego taki temat na pierwszy wpis? Blog jest dla mnie czymś zupełnie nowym i będzie powstawał w przyszłości, dlatego uznałam, że warto podsumować to, co działo się dotychczas.

Pamiętam jak dziś scenę z filmu, w której dziewczyna po zerwaniu z chłopakiem pakuje jego rzeczy do pudełka i wkłada do szafy. Ujęcie na szafę, a w niej podobnych pudełek kilkadziesiąt. Wtedy bawiło mnie to, że facet nie tylko przekonał się, że nie będzie jej ostatnim, ale – co bardziej zaskakujące dla niego – na własne oczy zobaczył, że nie był pierwszym, nie drugim, ani nawet nie dziesiątym w jej życiu.
Gdy teraz przypominam sobie tamtą scenę, już nie komizm sytuacyjny wysuwa się na pierwszy plan mojego wspomnienia. Dziś, gdy sama muszę spakować w podobne pudełka kawałek swojej przeszłości, dostrzegam przede wszystkim łatwość z jaką bohaterka zamykała kolejne rozdziały życia i robiła miejsce na nowe. Zdałam sobie sprawę, że moje „pudełkowanie” wcale nie przebiega tak sprawnie i bezrefleksyjnie. Nie wiem, czy bohaterka wróciła kiedykolwiek do tych pamiątek i wspomnień, czy po prostu żal jej było wyrzucać, więc zostawiła. Może właśnie dlatego po pewnym czasie zachwyt nad porządkowaniem ustąpił miejsca wątpliwości: czy to odgradzanie przeszłości grubą kreską jest warunkiem koniecznym otwarcia się na nowości? Jeśli tak, to w jakim zakresie? A jeśli nie, to jak przeplatać przeszłość z teraźniejszością, żeby ta pierwsza nie blokowała rozwoju i nie przysłaniała możliwości jakie niesie przyszłość?

Nie bez powodu nurtuje mnie ta kwestia, gdyż jestem w trakcie przeprowadzki – pierwszej takiej, w czasie której postanowiłam  „rozprawić się z przeszłością”. Brzmi groźnie, a chodzi tylko o przejrzenie mojego dobytku i podjęcie właściwej decyzji co zrobić z poszczególnymi rzeczami i…wspomnieniami. Co zostawić, co wyrzucić a gdzie lepiej w ogóle nie zaglądać?

Dotychczas moją definicją przeprowadzki było przeniesienie rzeczy z jednego miejsca do innego lokalu i po krzyku. Bez zagłębiania się w zawartość – bo skoro coś nie zostało wyrzucone w momencie, gdy stało się bezużyteczne i leżało 5 lat, to może leżeć przez kolejne lata nieruszane. Sądziłam, że tak właśnie zrobię. Tymczasem nieśmiałe podniesienie zakurzonego wieka jednego pudła przyniosło skutek podobny do otwarcia puszki Pandory. Zaczęłam przeglądać swoje rzeczy, jedną za drugą i dopiero silne uczucie głodu uświadomiło mi, że pochłonęło mnie to na wiele godzin. A cóż to była za przyjemność! I ciekawość co znajdę dalej, jak przy czytaniu książki, gdy ma się nieodpartą chęć przeczytania kolejnego rozdziału, żeby sprawdzić, co będzie dalej. Zdjęcia, dyplomy szkolne, nagrody, medale z zawodów, maskotki, słoniki na szczęście, breloczki, kasety z hitami sprzed lat i z własną twórczością, pamiętniki, śpiewniki, gazety, rysunki, materiały edukacyjne… Spokojnie wystarczyłoby aby otworzyć sklep z souvernirami, albo muzeum z eksponatami lat dziewięćdziesiątych. No i listy. Dopadła mnie pokusa, żeby przeczytać je wszystkie. Maile też. Dobrze, że nie mam nigdzie zachomikowanych smsów od czasu kupna pierwszej komórki, bo pewnie i one by się nie ustrzegły😉 Kilka wieczorów i miałabym poczytane, tylko…. właściwie po co?

Czy warto zagłębiać się w coś, co odeszło bezpowrotnie i nie wróci, a przynajmniej już nigdy w takiej postaci jak wtedy? Oglądać się za siebie i wspominać z sentymentem dawne dzieje, czy stanowczo zamknąć za sobą drzwi przeszłości?

Rozważmy zatem dwie opcje.
Pierwsza: Nie ulegam pokusie pożycia przeszłością ani przez chwilę, może nawet nie odczuwam takiej potrzeby. Kartony przenoszę bez zaglądania do nich, nie robię segregacji, nie przeszkadza mi gromadzenie bezwartościowych rzeczy. Nie interesuję się tym, co zostawiłam za sobą i o ile życie nie zmusi mnie, nie będę do tego wracać. Żyję dniem dzisiejszym i patrzę w przyszłość. Nie szukam kontaktu z ludźmi, którzy zniknęli z mojego życia,  chyba że sami się znów w nim pojawią. Otwieram się na wszystko, co przede mną, nowych ludzi, nowe zdarzenia. Wiem, że życie jest za krótkie, aby cokolwiek rozpamiętywać, dlatego wszystkie błędy przeszłości księguję w kosztach edukacyjnych i zgodnie z radą osobistego coacha reinterpretuję porażki jako drogocenne doświadczenia, które były mi potrzebne w rozwoju. Niczego nie żałuję. Cieszę się, że przeżyłam cudowne chwile i spotkałam wspaniałych ludzi, ale nie tęsknię do nich.
Plusy takiego podejścia? Z pewnością oszczędność czasu i energii. Idę naprzód i mam ciągle czystą kartę. Realizuję swoje dzisiejsze cele.
Minusy? Brak kontaktu z przeszłą wersją siebie. Niepamięć o dawnych wartościach, priorytetach, celach i marzeniach. W pewnych sytuacjach jest to zaleta, ale mówi się, że „kto nie pamięta historii skazany jest na ponowne jej przeżywanie”, czyli pozbawiam się ludzkiej możliwości nauki na własnych błędach.

Druga opcja: konfrontuję się z przeszłością, oceniam, podsumowuję. Oznacza to tyle, że po każdym przez siebie dokonanym podziale na etapy, mogę dokonać bilansu. Zatrzymuję się, by obejrzeć się za siebie. Dokonuję wyborów tu i teraz, ale sprawdzam, czy jest to realizacja przeszłych zamierzeń, czy ich zaprzeczenie. Jeśli chcę, przewartościowuję, aktualizuję. Zastanawiam się, czy kiedyś było lepiej niż teraz, a jeśli tak to analizuję czynniki, które są za to odpowiedzialne. Czasem szukam natchnienia w przeszłości, czasem udaję się na poszukiwanie czegoś zagubionego.
Plusy: możliwość cofnięcia się, jeśli podąża się w złym kierunku. Czasem, aby iść naprzód, trzeba zrobić jeden krok wstecz.
Minusy: zbyt długie roztrząsanie przeszłości (np. może stara miłość nie rdzewieje?), mniejsza skłonność do spontanicznych zachowań i życia chwilą bieżącą. Strata czasu na życie wspomnieniami, zamiast gromadzić doznania w teraźniejszości. W tym podejściu jest też pewna pułapka: pamiętamy głównie to, co dobre, przyjemne, zapominając o tym, co było nie tak – a przecież nierzadko było.

Taki podział jest oczywiście intuicyjny i podyktowany moimi spostrzeżeniami, a więc całkowicie subiektywny. Nie jestem pewna, czy wyodrębnione przeze mnie opcje są rozłączne, może da się je połączyć? Ja wybieram dla siebie właśnie takie połączenie. Pozostawię sobie tyle swobody ile będzie trzeba, aby konfrontację z przeszłością doprowadzić do końca. Nie będę się poganiać, aby przyspieszyć przeglądanie pewnych wspomnień, które mnie zatrzymają na dłużej i odwrotnie – nie będę się zagłębiać w tematy mniej interesujące, a zrobię tylko minimum selekcji – zostawić, czy wyrzucić. Zdaję sobie sprawę, że zostaną też rzeczy niezaklasyfikowane – powrócę do nich przy kolejnej okazji. Może przy następnych porządkach będę już gotowa się ich pozbyć albo nadać im nowy sens.

A Wy w jaki sposób archiwizujecie wspomnienia?

Magda

Ten wpis został opublikowany w kategorii Inne i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s